RSS
niedziela, 22 sierpnia 2010
Historia Lolity cz.11

Co dalej zapytacie... No więc gdzieś na tym etapie zaczeła się masakra. Po szkoleniu Lola agresję do psów zaczeła przenosić na mnie. Po wizycie "behawiorystki" (która kursu dla behawiorystów nie robiła i nie zamierzała robic - to dopiero nowina!) Lola zaczeła się rzucac na Nas w domu przy jakiejkolwiek próbie np. złapania za obrożę.

Dałysmy sobie czas, bo ja nie miałam sił, a ona klasyfikowała się do uśpienia. Nie musze mówić, ze moja rodzina nie byla tym zachwycona i nie ułatwiala mi pracy (do dziś uważają, że można Loli bezkarnie rzucac puste plastikowe butelki i inne rzeczy na ziemie,żeby sobie gryzła, a potem jak czegos broni to jest zła i niedobra, ale na szczęscie nie mieszkam z nimi!!). Ja nie robilam z nią nic, Lola dużą część dnia i całe całe spacery chodziła w kagańcu. My chcielismy przeżyć cali. Lola szalała z braku ruchu, do którego była przyzwyczajona, ze zmian, które nastąpily nagle, wreszcie z nawyku atakowania, co dawało jej na pewno duuuużą frajde i adrenalinkę.

Ile to trwało sama nie wiem... Pewnie z miesiąc - trzy. Bardzo powoli pewne rzeczy zaczeły wracać do normy. "Behawiorystka" pokierowała mnie do weterynarki na badania, ale zamiast sprawdzenia dokładnie ukł. pokarmowego (wieczna sraka) i jakichs środków uspokajających dla niej (żebym mogła przezyć ten czas do cholery!!) zaproponowano mi homeopatie i kryształy...

Ile ja się naszukałam po innych wetach, żeby mi uwierzyli w moje podejrzenia i opowieści, żeby zbadali kał i znaleźli leki uspokajające. W tym czasie każdy mówił, że są tylko homeopatyczne (co nic nie dają), albo psychotropy. Co za rozbiezność! Dopiero pani weterynarz w klinice WetLAnd znalazła proszki - BIOXETIN wychwytujace serotoninę - dzialające dopiero po 2 miesiącach stosowania i bez skutków ubocznych odstawienia. Oraz Biogene- preparat na poprawę dobrej flory bakteryjnej jelit. Znalazłam też wreszcie karmę z niską zawartoscią białka - 12% ! Nie wiem ile w tym było zasługi czego, ciężko mi ocenić, ale stosowanie leków, karmy i czas czas czas pozwoliły stopniowo zmienić Lolę w psa, który nadawal się do wspolnego życia, a nam odzyskać troche zaufania do niej (nadal nie mam go nigdy w 100%)...

23:29, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
Historia Lolity cz.10

Pojawiałam się też równocześnie na szkoleniu dziewczyn, które uczyły się jeszcze wtedy w związku. Takie "Pozytywne szkolenie tylko czasem kolczatka dla psów bardzo opornych" (- to mój własny skrot myślowy) . Starałam się najpierw przed szkoleniem zmęczyć Lolę bieganiem przy rowerze. Teoretycznie docierała na miejsce zmęczona, więc powinna mieć mniej energii na wyskoki. Niestety zasady sa zasadami i odległość jaka nas dzielila od innych psów musiała byc taka sama jak dla reszty kursantów. Nie mogłam też używać kantarka. Skoro psy blisko, zadania trudne i warunki to musiałam mocniej motywować Lolę. Polecono mi nakręcac ją na zabawke i ta zabawką skupiać. Oczywiście działało o tyle, ze Lola patrzyła na mnie. Do momentu przekroczenia przez psy niewidzialnej granicy, kiedy Lola już nawet nie myśląc tylko broniąc cennej zabawki wyskakiwała z zębami do psa. Utrzymanie terminatora na obroży nie jest łatwe, i na pewno pozwalało Loli wyskoczyć przynajmniej metr do przodu i uwolnić część frustracji. W miare treningów więc bez kantarka te wyskoki pojawiały się coraz częściej i częściej. Kazano mi po takim wyskoku kucać za nią i przytrzymywać za klatke piersiową i lekko za obrożę. Jednak Lola się nie uspokajała (jak miała to zrobic, skoro zagrożenia były tak samo blisko, a frustracje mogła uwolnić tylko przez wyskok?). Wszystko było znośne do momentu, kiedy Lola zaczęła swą furię i wyskoki przekierowywać z psa, na moją twarz tuż za nią. Ja miałam dość. Nie każcie mi zachowywać spokoju, gdy jakaś wielka typu bull paszcza kłapie mi przed nosem!!

W zasadzie na tym etapie skończyły się mozliwości szkoleniowe na tym placu. Dziewczyny podsuwały mi pomysł, że tego typu psom czasem pomaga dopiero podduszenie na łańcuszku. Trudno jest przekonać czlowieka chcącego szkolić pozytywnie do awersji. Trudno zwłaszcza, gdy ten człowiek w środku wie, ze wystarczyloby zmienic parę rzeczy w podejściu (zwiększyć dystans, uniemozliwic wyskoki kantarkiem z obrożą, wejśc w smakołyki lizane, zrezygnować z nakręcania na zabawkę, nie pozwolić innym psom na "zaczepianie" Loli), ale człowiek jest zbyt słaby i niepewny by to jasno i wyraźnie powiedzieć.

Tak, wiem moja głupota, ale "profesjonalisci" byli w tej kwestii nie bez winy każąc mi wchodzic w takie  sytuacje tylko dlatego, że z innymi psami im się to udawało. Podobnie z założeniem, ze Lola powinna BEZ KAGAŃCA nauczyć się bawic z innymi, obcymi psami. "Dostanie wpierdziel raz czy drugi i się opanuje". Może z większościa psów tak jest, ale przecież Lola dostała kopa od konia - piszczała i leżała w bólu, a teraz bardziej je atakuje... miała możliwość "pokłócenia się" z psami i nigdy tego nie przerywa. Była wychowana w szczenięctwie ze złamaną nogą, przy praskich amstafach, które ją "mordowały". Kiedy miała się nauczyć normalnej zabawy? Z jednym Neptunem, który nie bawi się tak naprawdę tylko pozwala podgryzać jak lezy i każdą wkręcającą zabawę przerywa zlewką? Takie psy jak Lola, dodatkowo uzależnione od wrażeń być może nigdy nie nauczą się normalnych kontaktów z psami. Ona nadal nie umie się bawić. To, że Neptun, czy HipHop akceptują jej rodzaj zaczepek do zabawy nie znaczy, ze dla innych psow to będzie normalne. A mały konflikt od razu rodzi duzy konflikt.

Tak byłam głupia, że brałam się z nią raz za to, raz za tamto. No, ale jakoś musiałam znaleść trenerów mających przynajmniej taką wiedze i podejście jak ja. Szkoda, ze Lola przez to cierpiała, a ja z Nią...


22:54, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
Do czytających

Pisząc znowu bloga dokonałam pewnego wyboru. Ponieważ robie sporo literówek to poprawianie ich zajmuje mi duzo czasu, a to mniejsza moje chęci do pisania i potem mam takie przestoje,  że ho ho. Postanowiłam wiec, że będę pisać tak, jak piszę - z błedami, a jesli chcecie czytac to prosze wybaczcie mi drobne literówki :*. Podbono wystraczy żby pocąztek i koinec słwoa były napsipne popwranie by zrozimuieć terść :):):) Jak będzie nie czytelne to piszcie :D

22:24, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
Historia Lolity cz.9

Opowiem sytuacje z Lolką, którą często podaje na kursach jako przykład wygaszenia zachowani aprzez ignorowanie. Kiedy Lola zaczęła się czuc lepiej, odzyskiwać sprawność i energie, a jednocześnie nadal była zestresowana po zamianach własciciela, operacjach itp zaczęła wdrażać swoje stare zwyczaje. Kiedy pierwszy raz zamknęłam ją rozbudzoną w pokoju i wyszłam do łazienki zaczęła ujadać - szczekać, piszczeć wyć. Dla niej to było normalne - jak się chce, żeby drzwi się otworzyły to się szczeka i drzwi sie otwierają. Tego nauczyła ją 2ga właścicielka, która tak kochała Lolkę, że wszędzie ją zawsze brała ze sobą- do kuchni, to toalety, do wanny, wszędzie! Oczywiście jak pies zostanie za drzwiami i zaczyna poszczekiwac to jest to "takie słodkie, że tęskni" iz trzeba go wpuścić. Moja filozofia jest troche inna, bo z żadnym psem drącym się na mnie nie wytrzymam. Więc miałam do wyboru - zostać w łazience dopóki Lola nie przestanie się drzeć lub wyjśc i nagrodzić ją za to. Gdybym nie wyszła, Lola mogłaby się drzeć naprawdę głośno i długo (pewnie nawet pół godziny- myslę sobie)- sąsiedzi byliby OBURZENI, ale.... wygasiłabym szczekanie i w przyszłości moi sąsiedzi nie musieliby tego w ogóle słuchać. Gdybym wpusciła ją to przestanie szczekać teraz i będzie spokój, ale...nastepnym razem też bedzie szczekać i nastepnym też... a potem nauczy się tego na dobre ii sąsiedzi będą mieli koncerty całe zycie Loli codziennie, gdy jej się zachce. Wybrałam 1 opcje. Najwyżej przeprosze sąsiadów za jeden dzień i powiem, że dzieki temu sie to nie powtórzy.

Wracając do akcji- siedzę w toalecie, a Lola sie drze- piszczy, wyje, skomle, szczeka bardzo donośnie. Nie wyjde. Trwa to 10 miut, 20.., 30. Ile ona tak może?!! Chyba zaraz się poddam i wyjde. Zrobiłabym to, gdyby nie to, że jestem uparta i wiem dobrze czego ja to nauczy- wycia przez ponad 30 minut! O nie! I tak siedziałam prawie 2 godziny, bo przerwy w szczekch były za krótkie by wyjść. Potem przestała, odczekalam 30 sekund i wyszłam. Uzyskała co chciała, ale nauczyła się nowego sposobu na uzyskanie tego - ciszą. Nastepnym razem szczekała tylko kilkanascie minut, a potem przestała. Od tej pory nie ma problemu z zostawaniem. Sąsiedzi przeżyli 2 godziny na raz zamiast 200 godzin rozłozonych na raty. Gdyby mogli- na pewno sami by tą opcję wybrali.

18:55, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
Historia Lolity cz.8

Oczywiście wszystko to następowało powoli, miesiącami po zrośnięciu się nogi i usunięciu gwoździ z nogi. Nóżka została złożona przez weterynarzy z Elwetu idealnie- do dziś nie widzę żadnej nierówności między nogami podczas biegu Loli. Jednak niedługo po zagojeniu się nogi dostała pierwszej cieczki i gdy po niej zapisałam Lole na sterylizację- okazało się, ze miała juz początki ropomacicza! W trakcie cieczki, wspierana pewnie tez przez chorobę zaczeła się uczyc odganiać inne psy, które do niej podbiegały i były namolne. Wtedy nauczyla się sie swojej techniki - "dopóki nie pogonisz, będzie się głupek czepiał". No niestety na właścicieli psów nie działa prośba "proszę zawołac psa" zanim się zacznie, a świetnie działa jazgot zezłoszczonej suczki - natychmiast zabierają psa. Co z tego, jak nieszczęsna Lola uczy się, ze agresja jest jedynym sposobem na świety spokój.Czy ludzie muszą byc tak egoistyczni w swym "posiadaniu pieska"? Włażą na każdego, z kim chcą by piesek się pobawił, narzucają, nie daja spokoju, nie potrafią odwołać psa. Ja mam prawo sobie niezyczyć zeby obcy faceci nie dotykali mnie na ulicy, ale jak pan Stenio puszcza swojego pieska to żadna suczka nie ma wolności i musi sobie z kopulujacym debilem radzić zębami. Czy to sprawiedliwe? Ile pogryzień, psich awantur unikneliby ludzie, gdyby pytali "czy nasze psy mogą się spotkać"! A nie- pytaja "czy to suczka?" co za różnica czy to suczka pies, czy obojniak!? są suczki ktore nie maja problemu z innymi suczkami, są psy, które maja problem z sukami. Jak są dwie płci to sie muszą kochać i uwielbiać? Oczywiście- powiedzą niektórzy - "Pies nie może byc agresywny, albo musi byc w kagańcu". Jesli ktoś zasługuje na noszenie kagańca to prędzej ja, bo jakby na mnie wskakiwał  namolnie napalony obcy facet to mimo całej ludzkiej moralności pogryzłabym go do krwi. Pies nie ma prawa.

Ale ja tez nie jestem święta, o nie! Nerwowość Loli, jej namolność nie raz mnie denerwowała. Zbyt wyraźnie pokazywałam jej, ze nie podoba mi się to, co robi, gdy przeginała. Potrafiłam na nią nawrzeszczeć, złapać za obrożę, potrząsnąć, a nawet trzymając za obrożę wyprowadzić do łazienki i zamknąć. Nie mówie, ze to było konieczne. Ja sobie nie dawałam rady, frustracja ze mnie wychodziła. To nic, ze potem musiałam odpracowywać swoje błedy np bardzo duzo odwrazliwiając Lolę na łapanie za obrożę. Naprawiam wiele, ale czasem coś tez psułam.

Zaczęłam szukac porady specjalistów. Znalazłam pania oglaszającą się jako behawiorysta, znajomi powiedzieli, ze szkoli pozytywnie, wiec odetchnęłam, że poziom wiedzy będzie większy od mojego. Okazało się jednak ciut inaczej. Mimo ostrzeżeń o agresji Pani postanowiła na pierwszym spotkaniu z Lola okazać jej swoja "pozycję dominacyjna samicy Alfa" - złapała za obrożę i kark odpychając od kąta, w którym (co już wiedziała) stało wczesniej posłanie Loli, na którym zaczeła mieć "ataki". Nie muszę mówic, że na taki jawny atak Lola zareagowała czynna obroną - atakiem. Walka pomiedzy czerwoną z wściekłości, zaślinioną Lolitą, a trzymająca ja za obroże panią czekającą aż się pies uspokoji odbywała się na dywanie. Stałam z boku zdumiona jak ktoś, kto pracuje z psami może od poczatku, na starcie perfidnie i świadomie (tak zakładalam, bo przecież to logiczne) doprowadzić psa do najgorszego w jego zyciu ataku i to bezpośrednio na człowieka! Padło pytanie " co pani robi w takiej chwili?". Moja odpowidź - "nigdy do czegos takiego nie dopusciłam", przecież wystarczyło się nie bawić w przepychanki i łapanie za kark psa, który ma z tym bardzo złe skojarzenia! Ale atak mogłam przerwać, bo już wcześniej wypracowałam sobie metodę - wystarczyło Loli pokazać kaganiec, który zwiastował uniemożliwienie i natychmiast przestawała. Namówiłam Panią na uzycie mojego sposobu zamiast jej walki wręcz. Lola natychmiast przestała.

Podczas reszty lekcji dowiedziałam się, ze nie ma czegos takiego jak odwrażliwianie, że z psem, który cokolwiek robi źle nie ma co pracowac klikerem, bo trzeba mu ciagle przekazywać, że robi źle, że powinnam Lole wybiegać (heheeh ale na rowerze!), no i uzywać obrozy pół zaciskowej z łańcuszkiem podszarpując Lole do góry, gdy wychodzi przed nogę. Na to juz patrzyłam jak muł. Co miałam powiedzieć? Że Lola ma juz zrobiony cień pieska i na komendę chodzi przyklejona do nogi w przód w tył, na boki, jak się obracam? No fakt- bez komendy wychodzi przed nogę 20-30 cm - to się chyba może zdażyć psu na zwykłym spacerze??

Ale nie ma tego złego. Dowiedziałam się od tej Pani o kantarku Geantle Leader, który baaardzo ułatwił mi zycie. Co prawda zmieniałam sobie zasady i zamiast szarpać- odciągałam Lolę kantarkiem. Gdybym wiedziała wtedy, że zamiast smyczy przypietej tylko do niego lepiej przypiąć drugi karabińczyk do obroży myśle, że postepy by były jeszcze większe. Druga bardzo sensowna sugestia to była propozycja, bym nauczyła Lolę "nic nie robić" na spacerze. O tak! Jak się okazało to było jedno z najbardziej męczących Lolę zadań- nic nie robić!!

Wybiegiwanie psa przy rowerze- świetny pomysł o ile bym mogla jeździć ZAWSZE I CODZIENNIE 365 dni w roku. Przerwy w takiej aktywnosci to pies dostający szału. oczywiście mówię tu o psiaku specyficznym, spaczonym i byc moze uzaleznionym od adrenaliny choćby w postaci biegu!

00:37, uwaga.agawu
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 sierpnia 2010
Historia Lolity cz.7

Wiem, wiem, nie musicie mówić, jestem zła i niedobra, bo znów przerwałam. Tak- człowiek przyzwyczajony przez lata do pisania piórem na papierze ma problemy z regularnym "wypróżnianiem się" (przepraszam za przenośnie, ale aktualnie często odwiedzam szpital i tamtejsze klimaty się udzielają) w internecie. Chcę już "przebrnąć" przez ta naszą historię, by dojść do lepszych czasów, do teraz, napisać Wam o Neptunie, o zawodach, o Hipciu. Ale przed Lola i mną jeszcze sporo wyzwań, choćby we wspomnieniach...

Lola wydrowiała, a ja cały czas ja uczyłam wielu rzeczy - przywołania, podstawowych komend, chodzenia na luźnej smyczy (oo skaranie z psem tak pieknie wyuczonym ciagniecia!), podawanie przedmiotów, sztuczek, zabawy zabawką. Idąc za przykładem pierwszego mego psa - Neptuna - chciałam Lolę zmęczyć wieloma aktywnościami sądząc, że zmęczony pes to szczęśliwy pies. Lola więc jak juz tylko mogła zaczęła biegac- za piłką, z Neptunem, z innymi psami. Trenowałam z nia trochę frisbee, trochę tańca z psem, często zabierałam na rolki, by wybiegać. Nauczyłam ją także biegania ze mną - ciągnięcia mnie w szelkach z reagowaniem na wszelkie komendy. Poświęcałam jej coraz więcej godzin, kilometrów, zapału i aktywności, a jej potrzeby rosły jak apetyt kobiety w ciąży - codziennie mogła przebiec wiecej, dłużej łapać frisbee, przepłynąć dłuzszy dystans....

Zapisałam się nawet na agility, które trenowałam wcześniej z Neptunem, ale atmosfera klubu nie sprzyjała rozwojowi. Raz, ze mi mi było ciężko z Lolą, byłam zagubiona i szukałam porad, męczył mnie ten pies, jego spaczenia. Starałam się kontrolowac Lolę, ale jej power, szczekliwość i nerwowośc nie były dla mnie łatwe do opanowania, zwłaszcza jak słyszalam za plecami szepty, że kupiłam sobie takiego pieska, popsułam go, połamałam nogę, a teraz go nie kontroluje i biedny pies będzie miał coraz gorzej. Ręce opadają. Nie raz juz spotkałam się z oskarżeniami lub insynuacjiami ze strony ludzi, nawet weterynarzy, że wszelkie zło, ktore widac po Loli to moja wina (bardzo nie miły, wielki prof. weterynarz SGGW oceniając Lole z odległości 5 metrów uznał za oczywiste, ze pozwalam jej walczyć...).

Ale Lola nie spokojniała, co więcej w nocy czasami miała "jazdy" - budziła sie i wpadała w szał, potrafila rzucać się nawet na swoje odbicie w balkonie. Jesli jakigos dnia nie zapewniłam jej atrakcji szkoleniowych, nie przebiegłam z nią 5 km, a co gorsza ppogoda była zła - ataki były mocniejsze, częstsze, przenosiły się na ludzi, na moją rodzinę i mnie....

23:51, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 sierpnia 2009
Historia Lolity cz.6

"Szczeniakom wszystko szybciej się zrasta" jak powiedział znachor. Możnaby dodać "nieleczone rzeczy szczeniakom szybciej zarastają się w nieprawdłowy sposób". 16 dni to dla organizmu szczeniaka baaardzo dużo. Kości w łapie Loli nie miały szans się zrosnąć, bo złamanie miało duże przemieszczenie, a uniewrażliwiona na ból Lolita stawiala łapę, co uniemożliwiało połączenie kości nawet w krzywy sposób. Za to organizm pracował: kości się zaokrąglały, mięśnie skracały, bo kości nachodziły na siebie. Operacja oczywiście pod narkozą wymagała znacznie większego nakładu pracy niż byłoby to 2 tygodnie wcześniej. Mięśnie wymagały mechanicznego naciągnięcia, by można było złożyć kości. Kości trzeba bylo spiłować, by dało się je połączyć na specjalne szpilki wbijane w środek. Weterynarze sami mówili z przejęciem o tym, ile trzeba było zrobić. Ledwo dotranspotrowałam Lolę do domu niosąc na rękach, bo nie miałam żadnego transportu, a gdy była już wybudzona i leżała na posłaniu docierał do niej ból. Pomimo silnych środków przeciwbólowych po prostu zawodziła i wyła z bólu, choć wcześniej  przez caly czas tylko raz zapiszczała z bólu, gdy wpadła pod kopyta. Pierwszy raz w życiu i mam nadzieje ostatni słyszałam wtedy płacz psa, pisk mrożący krew w żyłach, zdolny obudzic każdego, wyrażający dla człowieka największe możliwe błaganie o pomoc. To był najgorszy moment dla Loli- a to pierwszy dzień w kolejnym nowym domu. Nie dało się tego uniknąć, musiała przejśc przez najgorsze, żeby wyjść na prostą.

Nosiłam ją codziennie sama na rękach do lecznicy na zastrzyki przeciwbólowe. Gdy o tym myśle przechodzą mnie ciarki jak chore to były czasy. Zimno, samotność, a ludzie wkoło skrajnie egoistyczni i nieskłonni do jakiejkolwiek pomocy. I tylko ja z Lolą brnące przez mróz w poszukiwaniu lepszego jutra. Dziś można to tylko wspominać ciesząc się, że dziś jest tak cudownie- otaczają mnie wspaniali, kochani ludzie, zawsze gotowi do pomocy, a wszelkie problemy rozwiązujemy jak najszybciej i jak najmniej boleśnie. Myśle, że mój stan wtedy był podobny do Loli- zagubiona, zmarznięta, szukająca odrobiny spokoju. Spałam maksymalnie 5 godzin dziennie, a niejedną noc zarywałam zostając przy Loli lub robiąc projekt. Pomimo iż pracowałam dużo nie miałam nawet czasu by gdzieś pójść wydać zarobione pieniądze- wszystko zresztą poszło na leczenie Loli. Tylko jakiś wewnętrzny głos mówił mi "rób to co uważasz za słuszne, a koszmar się skończy". Ja też musiałam przejśc przez najgorsze, by wyjśc na prostą.

Lola nie mogła się ruszać energicznie, by szpilki trzymające kość nie poruszyły się, musiała leżeć, a energia wracała do niej bardzo szybko. Wciąż miała problem z wstrzymywaniem moczu (miała go potem jeszcze bardzo długo) więc musiałam wynosić ją nawet co pół godziny przed blok na siku, gdy byłam w domu. Gdy zostawała sama potrafiła wytrzymac do około 3 godzin. Czasami ktoś z współlokatorów mi pomagał, ale generalnie stanowiło to dla nich duży problem, więc był cały na mojej głowie. Tak czy siak cieszę się, że kolega pozwalał mi w ogóle mieszkać u siebie z tak problematycznym psem.

Lola zaś czerpała ile mogła z kontaktów z Neptunem- kladła mu się na łapach, wtulała w niego, łazila za nim wszędzie, a poczciwy Neptun pozwalał jej zabierać sobie każdą zabawke, kość, jedzenie, uwagę. Podczas, gdy nabierała sił zaczeły wychodzic jej przyzwyczajenia- gramoliła się na łóżko by tam spać (a ja nie śpię z psami), dopominała się o wszystko szczekiem, wyuczonym wymuszaniem, zabierała każdą rzecz Nepowi i bardzo silnie reagowała na każde niespodziewane puknięcie, otwieranie drzwi, piknięcie domofonu- przerażeniem i szczekaniem na podłożu lękowym, ale w formie gotowej do ataku. Ludzi witała bardzo wylewnie, ale widac było, że każda zmiana, nadejście lub wyjście kogoś z domu była dla niej bardzo stresująca, co zwykle łączylo się nietrzymaniem moczu w tych chwilach. Generalnie była to niezła masakra, choć jeszcze wtedy byłam pełna nadzieji, że wszystko się da "odkręcić" i "naprawić" psa. W jakim stopniu się myliłam... już wkrótce...


16:16, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 sierpnia 2009
offtopic

Dziś podczas gruntownych porządków mieszkania zauważyłam, że są takie rzeczy, które nie mogą nigdy znaleść swojego miejsca. Podczas każdego sprzątania mieszkania przekładamy je w inny kąt, a zwykle ląduja gdzieś na wierzchu i czekają na kolejne sprzątanie. Przekładamy je w inny kąt biurka, na parapet, na szafkę pod telewizorem/akwarium i to zawsze one spawiają wrażenie bałaganu. Nie wiem czy też macie takie rzeczy... Wędrownikowie

00:15, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 sierpnia 2009
Historia Lolity cz.5

To było ciemne zimowe popołudnie, 16 dni po wypadku Loli. Dostałam telefon o znajomej- właścicielki konia "Aga, czy to, co mówiłaś, że byś wzieła suczkę jest nadal aktualne? Bo ... zdecydowała się oddać ją, ale tylko Tobie, bo u Ciebie będzie miala dobrze.". Co miałam powiedzieć? Po godzinie już spotkałam się przy metrze z włascicielka i znajomą. Przez 16 dni szczeniak bardzo urósł, miała już około 5 miesięcy, kości też rosły i zaokrąglały się. Suczka już stawała na nodze, była w czerwonej obróżce z "diamentami" i na metrowej smyczy ciagnąc zaciekle do przodu swoją pania w obcasach. Idąc od metra kilkakrotnie posikiwała i wypróżniała się na rzadko prosto pod siebie, na chodnik, zatrzymując w marszu. Nie miałam wtedy dużo zdolności w obserwacji stanu emocjonalnego i stresu psa, ale jakbym miała to zobaczyłabym straszny obraz trzęsącego się w środku zestresowanego psa nabuzowanego adrenaliną od samego faktu, że idzie w obce miejsce, nie trzymającego moczu, z biegunka stresową, ziajającego zawzięcie w lodowate zimowe popołudnie.

Dostałam pakunek psa: książeczkę zdrowia, zestaw różnej wielkości czerwonych obróżek z diamentami, metrową smycz, poduszeczkę z serduszkiem do spania i jedną zabawkę. Suka z radością powitała Neptuna tuląc się do niego bardzo energicznie i rzekła bym "namolnie", nerwowo chodziła po mieszkaniu i posikiwała co jakis czas. Godzinę później już byłam w drodze do weterynarza- do Elwetu w al. Niepodległości.

Lola natychmiast poszła pod nóż. Nie muszę Wam chyba opisywać min weterynarzy, którzy przyjmowali mnie z takim złamaniem przetrzymanym 16 dni. Wielokrotnie mówili mi, że operacja będzie kosztowac ponad 600 zł plus leczenie i upewniali się czy mam takie pieniądze. W ich oczach to ja byłam ta osobą, która ją trzymała w tym stanie tyle czasu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Uczy mnie to nie oceniania właścicieli psów, których poznaje w pracy.

cdn...

17:31, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 sierpnia 2009
Historia Lolity cz.4

Nie raz pytałam sie co u suczki i dowiadywałam, że jej życie jest "coraz lepsze" : pańcia zrezygnowała z nieciekawej karmy- suczka dostawała podobno gotowny makaron z kurczakiem. Teraz mogła juz wszystko- spała ze swoją opiekunką, wchodziła z nią zawsze do łazienki, nigdy jej nie zamykano samej, była taka "kochana", ze wszędzie, gdzie zniknąła dziewczyna - suczka dopominała się o wejście i była wpuszczana. Dziewczyna mieszkała sama, czasem odwiedzał ją ojciec, ponieważ nie chciał by miała psa- groził wywiezieniem suki ze złamaną noga do lasu. Właścicielka przestała chodzić do szkoły i wychodzić z domu bez psa, by nie stracić towarzyszki. Zabierała ją za to "wreszcie" na długie spacery do parku praskiego, by szczeniak mógł się wychasać. Towarzystwo doborowe- praskie pseudoamstaffy, lubiące bardzo brutalne zabawy z radością pastwiły się nad połamanym szczeniakiem. Usłyszałam raz "one sa takie agresywne, przyciskają ją do ziemi, gryzą do krwi, a ona nic, nie zareaguje agresją, nawet nie piśnie"- to była tylko pochwała tego, jaka wspaniala i spokojna jest Lola. Stopniowo suczka przyzwyczajała się do bólu, kość się zaokraglała (bo szczeniakom szybko wszystko rośnie, choć nie jak powiedział znachor "samo się zrasta"), przestawała się wbijać w mięśnie, a Lola mogła już powoli stawiać nogę, by lepiej radzić sobie w gonitwach.

Minął tydzień od wypadku, a kwestia operacji została przemilczana. Sytuacja domowa sprawiała, że dziewczyna zaczęła rozważać to, ze musi Lolę komuś oddać, by ta nie wylądowala nie wiadomo gdzie, w lesie. Pamiętam dobrze wieczór, gdy rozmawiałam z właścicielką. To była bardzo zimna zima, ja po całym dniu na uczelni pracowałam wieczorem w stajni. Było tak zimno, ze woda w pojnikach zamarzała, więc trzeba było nosić wodę w wiadrze dla każdego konia osobno. Wieczorne karmienie zajmowało 3,5 zamiast 2 godzin. Wracałam późnym wieczorem do domu po pracy zamarznięta, zaspana i potwornie zmęczona - wychodziłam na długi spacer z Neptunem i potem dopiero mogłam zrobić obiad i zjeść go by usiąść do projektu na uczelnię. To były bardzo ciężkie dni. Pewnego dnia podczas pracy namawiałam właścicielkę do tego, by oddała suczkę komuś, kto ją chociaż zoperuje i będzie pozwalał dziewczynie spotykać się czasem z suczką lub znajdzie jej dobry dom. Usłyszałam tylko "a kto by chciał psa ze złamaną nogą, nikt!", odpowiedziałam "na pewno są tacy ludzie, nawet ja bym ją wzięła, by pomóc jej i potem znaleść nowy dom". Nieświadomie podpisałam wtedy "wyrok" - zdecydowałam się na coś, co miało przewrócić moje ciężkie i tak życie do góry nogami. Ale nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. Między odwagą i miękkim sercem, a głupotą jest cieńka linia...

20:25, uwaga.agawu
Link Komentarze (2) »