RSS
wtorek, 31 maja 2011
Dzień jak codzień czyli małe zapierdalajewo..

..choć przecież jeszcze "nic nie robie" tylko siedzę z dzieckiem.

:)

Drugi dzień z rzędu u Zyzia. Grześ ma na popo, więc ja po karmieniu o 8ej jadę do konia i wracam zanim Ola porz ądnie zgłodnieje. Dzięki temu mała z tatą zaciesniają więzy machając nóżkami w łóżku i ćwiczą wspólne gaworzenie :)

Z Zyziem- połączyłam to, co ja robię z tym co robi Dominika i mamy już-  podnoszenie nóg z ziemi i z grzbietu (prawa na hasło "raz", lewa na "dwa") przy czym w pełni Zyzio jeszcze nie rozróznia komend, a to pewnie dlatego, że wprowadzane są one przez dziewczyny  (Dominikę i Kasię prowadzącą stajnię) razem, powtarzane, a nagrody zostały wycofane. Szanuje i podziwiam dziewczyny za to, co robią zwłaszcza Kasię, bo stworzyła masę cudów, w tym teatr konny:

http://www.cabriola.pl/

jednak widzę pewne naleciałości. Koń "nie powinien widzieć w tobie cukiernicy tylko przewodnika" prowadzące do uzycia tylko P- nacisku i presji psychicznej, a głaskania batem jako "nagrody". Umówmy się- koń na takich warunkach będzie pracował i na pewno się nie "rozbestwi", ale co to za przewodnictwo... Tylko rozumiane jako "ja rządzę, Ty robisz".  Oczywiście życzyłabym wszystkim koniom na świecie choćby takiej pracy ludzi wkoło nich - bez bicia, bólu. Myslę sobie tylko, że dużo czasu traci się na takie zbyt szybkie wprowadzenie komend i wymaganie tego w róznych warunkach, a potem "karanie" ponaglanie itp konia, który się frustruje, że mu nie wychodzi. Ale ja nie o tym....

wzięłam dziś ze sobą Nepa do stajni - juz dobre chyba z 5 lat nie był w stajni, a kiedyś jeździł ze mną zawsze, gdy pracowałam w stajni (byłam oszołomem, który wbrew zwyczajom większości pracowników stajni sggw wywalał zawsze najbrudniejsze boksy - mój rekord to 8 wielkich, załadowanych z górą taczek pełnych duszącej amoniakiem już-nie-słomy na której wyrosły wielkie grzyby). Nep wszedł do stajni jak do siebie, obwąchał to i owo, zobaczył swjego klonika- psiaka w typie laba stajennej, z którym odtańczył szalony wesoły bieg wkoło po korytarzu. A potem hala... Jakże on się ucieszył z hali pełnej piachu!! Nawet chwilowe zamknięcie w boksie w połowie pobytu nie popsuło dziadkowi humoru.

A jak znalazł wodę -staw na terenie- wskoczył z radościa. Dawno dziadzia Nepa nie był tak szczęśliwy- nie dośc, że wreszcie pojechał gdzieś ze mną sam (z reguły zabieram Hipcia, Lolę albo jego z Hipem) to jeszcze to była stajnia przypominająca mu najpiękniejsze lata jego zycia. Czas wrócić do tego chwalebnego czasu. Marzę o wyjazdach w teren na Zyziu z Nepem, może się uda za jakiś czas...

A potem co pomyslałam... że szkoda, że nie mam trzech takich psów jak Nep, bo bym wszystkie mogła zabrać na raz na poranek do stajni. Oooo nie... Na razie jednak rezerwują TĄ przyjemność dla dziadka - Lola ma poranne bieganie, Hip wyprawy i wędrówki z Fazim - każdy to, czego mu potrzeba i w czym się dobrze realizuje.

sielanka

Tak więc popołudnie spędziłam z Olą i Hipciem w ogródku przydomowym oraz na spacerach z wózkiem i Lolą. Oczywiście to wszystko w przerwach między karmieniem, przewijaniem, zabawą z Olą (która dziś jakby odsypiała szalony weekend), odkurzaniem, prasowaniem, nastawianiem prań, itd itp. ale to przeciez wiadomo, prawda?


21:07, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 maja 2011
Zyzio - reaktywacja, wizyta 2

Byłam wczoraj znów u Zyzia, tym razem nie dałam się wyrolować na padoku, wziełam go od razu na halę. Poćwiczyliśy trochę ustępowanie metoda "naturalną" czyli przez P- (naciskam na Ciebie aż ustąpisz, wtedy w "nagrodę" przestaje). Konie to zwierzeta uciekające, więc zaprzestanie nacisku (choćby psychicznego) na nie jest dla nich formą "nagrody" (jak dla bardzo leniwego męża zwolnienie go z konieczności wieszania prania ;). Jednak wbrew temu, co twierdzą niektórzy nie jest to jedyna forma nagradzania konia- oczywiście można i pracujemy na nagrodach pokarmowych i z klikerem. Musi byc tylko spełniony jeden warunek- koń musi czuć się bezpiecznie. Przykład? Wczoraj z Zyziem ćwiczyłam z ziemi- podnoszenie nóg, ukłony i podażanie za mną i zatrzymywanie jak ja się zatrzymam- klikerem z nagrodami ( pokrojona w plastry marchewka, bo szkoda końskich zębów na tyle cukru). Z grzbietu robiłam z klikerem podnoszenie nóg, ruszanie, skręcanie i zatrzymanie na delikatne pomoce (czyli przeciwnie do tego co się widzi na szkółkach końskich, gdzie konia zatrzymuje się przez ściągnięcie wodzy w taki sposób jakby się chciało poderwać rower do bunny hopa albo manuala). Robiliśmy to w "wewnętrzej" części hali, a do zewnętrznej (z ławkami) Zyzio nie chciał wchodzić - zaczynał się "boczyć", chciał zawracać, uciekać do swojej bezpiecznej części. Szkoleniowiec tradycyjny by tu konia ponaglił batem i pewnie nawet Zyzia by to przekonało (bo bata unikałby bardziej niż tej części hali, która choć straszna nie jest aż tak zła jak bijący po zadku patyk i zły człowiek na grzbiecie). Oczywiście dawanie marchewki tu koniowi ma mały sens, bo zależy mu na bezpieczeństwie, a poza tym mógłby skojarzyć zatrzymanie-ruszenie-marchewka. Więc zachęcam Zyzia, by ruszył w wybrane przez mnie miejsce - jak przekroczy oporną linie- natychmiast go chwale i pozwalam zawrócić w bezpieczną sferę. I tak- oczywiście nieliniowo "nagradzam" go daniem mu spokoju za przejście. Ta metode zdaje się opisał Parelli jako zataczanie kręgów czy cuś takiego. Kiedy juz się całkiem wyluzował- wchodził i wychodził przez nielubiane "wąskie gardło" na zwenątrz sali- mogłam go nagradzac tym, że pozwalałam mu tam skubać trawkę- kolejna zaleta braku siodła- koń może sobie podjadać :)

I tyle- dużo, nie dużo, troche zrobiliśmy. Dla mnie to ważne podstawy, bo nie jestem dobrym jeźdźcem i mam trochę "wrodzony lęk" na końskim grzbiecie, więc jak ucze siebie i konia reakcji na mnie w wyższych chodach wolę nie borykac się z brakiem podstaw takich jak chodzenie po całej hali bez boczenia się na to i owo :)

Zdjęcia Zyzia mam na razie sprzed roku tylko, ale ja byłam wtedy piękna, szczupła i już w ciązy :))))koń Dominiki Rudnickiej

bąbelek

wtorek, 24 maja 2011
TA-TO

http://to.gazeta.pl/to/ta-to-moj-najlepszy-psyjaciel/4684

http://to.gazeta.pl/to/ciaza-to-nie-choroba-prawda-chlopaki/4685

polecam, stwórzcie własne :)

 :)

09:55, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
Wędrówki oszołomów

Całkiem ładnie się udało dziś pochodzić-

opis

zawędrowaliśmy na domaniewską, gdzie jest zoosklep  z uszami, potem zajrzałam do getin banku, a chłopaki czekali gryząc uszy i nie zwracając w ogóle uwagi na przechodzących ludzi (cały czas na nich patrzyłam zza szyby, ale nie udało się uchwycić na fotce gryzmolenia :)

Mondzioły

Na koniec zgarneliśmy Grzesia z pracy i wróciliśmy na piechotkę tam, gdzie trzeba. Dzięki temu mam normalne zdjęcie z psami i Olą!! :)

oszołomy

Może w końcu uda mi się od tych wędrówek spalić nadmiar ciążotłuszczu :)

00:20, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 maja 2011
NOSZENIE, ŚMIECI, BAJZEL

To jedno mnie zadziwia, ile jestem w stanie i muszę nosic. Moje ręce w zasadzie nigdy nie są puste gdy schodzę po schodach z mieszkania. Jak idę z Olą to niosę ją w foteliku samochodowym, do tego torbe z pieluchami, setką ubranek na zmianę w razie zasikania czy zapocenia, kamerę, by nasza przygody uwiecznić, czasem aparat, by Wam też coś tu wstawić, wielką chustę (5m) dla fasOlki, wodę, co my mieć z czego mleczko produkować, smycze jesli biore psy... A bez Oli- smycze, worki śmieci i pampersów do kosza, pudła po płotkach i kołyskach do piwnicy... Gadżety, opakowania i smieci mnożą się w tempie ekspresowym. Gdyby nie nasz wczesniej już zakorzeniony nawyk segregowania śmieci to płacilibysmy tu fortunę za te zwykłe śmieci. Nasze mieszkanie też "zarasta"- w kazdym pomieszczeniu jest miejsce, gdzie mozna bezpiecznie Olę położyć (w łazience też- nasza kochana pufa pozwala Oli obserwować świat przed kąpielą i wtedy, gdy mam coś tam do zrobienia :), zapas pieluszek tetrowych i jednorazowych, chusteczki itp.

Nie ma lipy, niedługo bede miała łapy jak Robert od noszenia małej. Musze tylko więcej aminojuice pić :)

Dziś jadę z Cipełuszem do Fazika- naszego kochanego "maluszka", z którym chodzimy na spacerki, a wygląda to nie więcej tak:

POWRÓT

Ostatnio taka wycieczka bardzo uspokoiła i wyciszyła Hipcia, więc liczą na powtórkę. Miłego dnia!

12:09, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 maja 2011
Warto mieć marzenia - wyjątkowo udany dzień wiosenny

Można powiedzieć, że się wyspałam- Grześ przejął nocne karmienie i przeijanie, więc pospałam 7 godzin bez przerwy. po praz pierwszy od powrotu ze szpitala (pierwsze 3 noce w domu Ola spała po 7-9 godzin, chyba wykończona atmosferą szpitala, wcale jej się nie dziwie- nie ma nic spraszniejszego niż niektóre lekarki i pielęgniarki noworodkowe- baby samo zło!!!)

Nie musiałam się też zrywać na poranny spacer, bo Grześ przed wyjściem na rower zabrał psiaki :)) Wstałam więc wyspana i do południa myślałam, co by tu porobić z Ola. Biaganie odpada, do lasu z chłopakami nie chciało mi się iśc w niedziele, bo Hip ostatnio znów zapomniał, że ma mózg i reaguje odgłosami zdziczałej małpy na każdego napotkanego psa lub dziwnie ubranego człowieka- a tych w niedzielę w lesie mogło byc sporo... Ale przypomniało mi się, że do budynku przynależy zamknięty ogród wkoło budynku, do którego chciałam się wybrać, a jeszcze tego nie zrobiłam. Zabrałam więc kocyk, Olcię, "Zachowania agresywne u psów" O'Hare :) i sruu na trawkę.  Poczytałam sobie, pocwiczyłam, pobawiłam się z małą i jak zasnęła - poleciałam po Lolkę.

mam na imię Ola, miło, że zajrzeliście na bloga!

Lola zadziwiająco nie ma ostatnio takiego powera do ćwiczenia, więc kilka powtórek kroku hiszpańskiego, piruetów, trochę szukania i nadawał się tylko do skubania trawki i tarzania w trawie. Proszę bardzo! Zadziwiające, że Lola mając wolnośc i przestrzeń sama z siebie nie wybiera już buzowania się i "akcji" - olewała przechodzace dalej psy, psa szczekającego jej nad głową (na 1 piętrze mieszka szalona, stara jak świat królewna w typie chihuahua). Woli tarzać się, skubać trawkę, węszyć i chodzić bardzo powoli. Moznaby powiedziec, że zachouje się jak normalny pies. Zmotywowało mnie to do wychodzenia częściej z nią na tą przestrzeń- wreszcie nie musze mieć oczu wkoło głowy i na podeszwach!w ogródku

Potem z Nepem trochę kwadratu (nie Piotrek, nie doganiamy Was jeszcze :((( ), z Hipciem kształtowanie i dla obydwu to, co poleca babcia Turid- wywachiwanie garści chrupków rozsywpanych na trawie. Dla Hipcia to chyba powinna być podstawowa aktywność na najbliższe kilka tygodni... potem tylko pół godziny czesania chłopaków Nowym-Super-Furminatorem (kto mnie słyszał jak mówię o tej szczotce ten wie o co chodzi ;P). Neptun jako Pies-sam-podszerstek będzie wymagał jeszcze z 10 takich powtórek, bysmy mogli przestać codziennie zamiatać podłoge, ale co tam...

A na koniec dnia- wyprawa za Gróraszkę do Zyzia- białego, małego arabka, którego wydzierżawiałam kilka miesięcy przed tym jak się dowiedziałam, ze jestem w ciąży. Małego w ramach odbudowania naszej więzi po dłuuugiej przerwie postanowiłam wziąć na padok i tam pozwolić mu pobiegać, poskubac trawkę, a przy okazji zobaczyć, które swoje oblicze pokaże. Pierwsze to to, które poznałam na poczatku naszej znajomości bardzo szybko się porusząło mówiąc "jestem arabem, patrz na mój ogon, zobacz co potrafię - zapierdaaalać!" , a drugie, z którym go zostawiłam w wakacje mówiło "jestem arabem, pobiegamy razem? No powiedz, co dziś poćwiczymy? Masz marchewkę? zobacz jaki jestem słodki, umiem tylko chodzić za Tobą, wskakuj na grzbiet to pobiegamy razem". Od tego, co by mi pokazał zależało ile pracy będę musiała wykonac nim na spokojnie (nie zamierzam na siłę) wsiąść na grzbiet.A Zyzio mnie zagiął kompletnie. Wszedł na padok, postawił ogon, zarżał, myślałam, że ruszy, a on stoi, nasłuchuje (co, burza idzie?) trzy kroki w prawo, trzy w lewo, minął mnie, podrzedł do barierki i.... "przykucnął" czyli obniżył grzbiet, przeszedł pod barierką padoku (jest dość wysoka, on mały, a dolnego drutu nie było na tym padoku), ogon do góry i sruuu do stajni!!! O cholera, a jak sobie coś zrobi, za szybko wbiegnie do stajni, wpadnie na innego konia... biegne za nim ile tchu  i krzyczę "Uwaga!!" do stajni. Wbiegam za nim, a on stoi po środku "a tak sobie stoję"... Uff! Okazało się, że teraz to on ma KOLEŻANKĘ z którą wychodzi na padok i która stoi obok w boksie i to koleżanka była z nim te 9 miesięcy,a nie ja! I to koleżanka zawołała swego białego księcia- to pobiegł. "Bez urazy Aga, ale ONA  mnie wołała"  - zbrałam go na uwiąz i już nie puściłam tego dnia - poszlismy na trawkę, poznał kolegę ze stajni Bakcyla, poćwiczylismy podnoszeni nóg, ustępowanie od ręki, ukłony, zatrzymywanie z kłusa w bigu koło mnie, a potem poszlismy na sapcer na uwiązie do lasu.

 Wiele osób uzna, że taka wyprawa do konia bez wsiadania na grzbiet to strata czasu, ale dla mnie to konieczność i naturalna kolej rzeczy. Nie tylko pomaga mi to zrozumieć "kim" jest ten koń teraz, zobaczyć jego reakcje (bo jeźdźcem nie jestem wcale dobrym- nikt mnie nigdy nie nauczył jeździć, ja sobie po prostu daję radę...), ale też opowiedzieć mu coś o sobie o tym na czym mi zalezy i jak ja to uzyskuję. Pokazuję i nagradzam, ewentualnie pokazuje, że jesli nie to nie (jak idziemy to nie dam się pociagnąć na trawkę do skubania). jesli moge powiedzieć, że widzę jakie zamiary ma pies- to po koniach NIC nie widzę, nie czuję, albo czuję się jak ślepa w tej relacji. Dlatego poświęcam duzo czasu na nawiązanie komunikacji nim wskoczę komuś na grzbiet. chyba świadczy to o kulturze i szacuku, nie? No, ale jak wskoczę to nie bede musiała uzywać wędzidła, ostrog czy bacika i to mnie cieszy. A to, że inni zawsze na mnie patrzą jak na wariatkę- trudno. Nie wstydzę się przyznać, że nie umiem jeździć i nie znam się na koniach. Dlatego muszę patrzeć uważnie i powoli podnosić poprzeczki.

Za to zadziwiają mnie w stajni zawsze śliczne młode zgrabne dziewczyny mające własnego konie lub pracujące z super końmi, w pięknych strojach, świetnie jeżdżące i w ogóle zachwycające, które na cześć odpowiadają "mmm" i generalnie nie da się z nimi  pogadać, całą sobą okazuja, ze gardzą mną, Zyziem i wszystkimi gorszymi od nich. dlaczego pytam? Przecież taka przykładowo ja nie stanowi dla nich żadnej konkurencji, nigdy nie dogonię ich, bo nie zaczęłam jeździć tak jak chciałam mając 5 lat tylko mając 25. Czy tak wiele kosztuje odrobina uprzejmości wobec kogoś kto nie imponuje nam lepszym koniem, strojem, wozem? (Dlatego tak mnie zachwyca Aniu Twoja praca i osoba, bo jesteś przykładem, że mozna inaczej, że można być mega pozytywną i miłą osobą mając niemalże "wszystko" w końskim świecie "niezawodowców". Ania Marciniak jest moją idolką, pracuje z końmi pozytywnie od początku pod zawody ujeżdżenia i zobaczycie jeszcze będę razem z nią biegać agility z końmi). Warto mieć marzenia, one się kiedyś spełniają,a ja dziś zrealizowałam kilka swoich (np wypiłam piwo!! ;P) i mogę iśc spać szczęśliwa! Tego samego życzę Wam - stórzcie marzenia i spełniajcie- nawet te małe :*!

23:29, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 maja 2011
Poruszanie się po domu- mój błąd

zyzwłok

Wystarczy mieć choć jednego psa, by wiedzieć, że kwestią dość problematyczną bywa poruszanie się po domu. Psiaki lubią kłaśc się blisko nas, w naszych nogach oraz w przejściach- by mieć oko na kilka pomieszczeń no i czuć powiew powietrza na nosie, zwłaszcza w upał (jak dziś). Psa mozna oczywiście omijać lub robić nad nim kroka tudzież nauczyć, by na słowo "przepraszam" czy "uwaga idzie hiszpańska inkwizycja" wstawał z naszej drogi. Wszystko jest kwestią tego, co nam wygodniej. Ja używałam przepraszam lub sama omijałam psa, w zależności od potrzeby. Ale okazało się to niedoskonałe...

Otóż w pierwszych tygodniach po powrocie do domu panował oczywiście fasOlkowy szał, nosiło się małą to tu, to tam, oczywiście na rękach (niektórzy mówią, żeby nigdy nie nosić dziecka taka na rękach, ale mysle, że jedżenie wózkiem po domu to jednak przesada). Pewnego razu "biegłam" z Fasolką z pokoju do kuchni po coś niezwykle ważnego- wyłączyć czajnik czy wygrzebać z szuflady żelki anyżkowe i zjeśc ich dwie garści, zerknęłam po drodze na Neptuna lezącego na posłanku, zbliżam się do stołu w jadalni i nagle widzę, że po prostu lece, a moja głowa zbliża się do nóg krzesła. Miałam straszne slowmotion,a w głowie "matko, trzymaj dziecko!'. No i wylądowałam- na 4 kopyta - na łokciach i kolanach z Olą przyciśniętą do klatki. Mała nawet ziemi nie dotknęła, moje kolana i łokcie dostały brązowe odznaczenie za bohaterstwo, a Cipełek jak leżał na środku tak dalej leżał patrząc na mnie z miną "wtf??? latasz?".

Od tej pory małą noszę po domu w chuście na kółkach (chwila dla sponsorów:) :

http://www.natibaby.pl/sklep/?p=p_16&sName=chusty-kolkowe-nati-ring

(Reprezentanci firmy proszeni są o wpłatę 5 zł na moje konto;P) .

A psy- no cóż konieczna była zmiana zasad, bo znad dziecka nie widziałam leżącego na drodze Cipełusza (HipHopa jakby ktos nie znał tego okreslenia :). Od tej pory po prostu przechodzę tak, by psy musiały się usunąc z drogi bez ostrzeżenia.Lekko przesuwam je stopą nic nie mówiąc, aż wstaną. Oczywiście nie wpłynęło to dobrze na nich, zwłaszcza na larwę, bo zaczęła kojarzyć płacz małej z moim bieganiem i przepędzaniem jej z drogi. Siłą rzeczy kiedy dziecko płacze częściej się przechodzi- a to po pieluszkę, a to do łazienki zmyć kupę z pleców i zza uszu :), a to do najbliższej pionowej ściany na drugim końcu mieszkania, by bic w nią głową wybijając sobie pomysł "dziś się wyśpię" ;P (nie martwcie się tylko tak demonizuję rodzicielstwo, wcaaale nie jest tak strasznie jak to wszyscy mówią, ale użalanie się nad soba jest takie przyjemne, no i wreszcie można!!! :). Płacz = nasz opętany bieg po trupach i usuwanie psa => dla psa stres. I Loli zrobiło się płacz dziecka=>stres :(. Kuli uszka, garbi się i oblizuje nie wiedząc co robić. Musiałam więc mocno spowolnic siebie przy niej nawet jak to była pilna sprawa i wykorzystać pare okazji, gdy Ola płakała na rękach Grzesia, lub w kołysce, by pogadać z Lolą, uspokoić ją, pogłaskać po klacie i zachęcić do jakiejs spokojnej aktywności np pójścia na posłanko, zrobienia piruetu czy czegoś innego zaleznie od sytuacji.

Chłopakom też się moje przepędzanie ich niemiło skojarzyło, ale u nich nie jets to ani tak głębokie, ani tak ryzykowne - rzucę im 5 razy chrupka po tym jak mi ustąpią  z drogi i zapomną, że kiedykolwiek było inaczej (chrupki stoją cąły dzień w pojemniczku w kuchni, ja normalnie latam po domu, pies mi ustepuje z drogi- ja mówię super- idę do pojemniczka i rzucam mu chrupa)

Uważam, że normalnie to wspaniała zaleta, że pies potrafi spać nawet jakmy się kręcimy i łazimy nad nim- znaczy to przecież, że jest wyluzowany, zrelaksowany, nie obawia się nas i nie jest nadaktywny. Ale jesli spodziewacie się dziecka i macie psa przeciągoluba - lepiej wprowadźcie zasadę 'wstawaj sam z siebie jak idę", aby uniknąć takiego niemiłego skojarzenia z płaczem dziecka ja u mnie...A może macie inne pomysły na kwestię poruszania się z dzieckiem po domu pełnym psichzwłoków???

16:44, uwaga.agawu
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 maja 2011
ZAZDROŚCI? DOMINUJE? BRONI? czyli sto pytań do matki z dzieckiem

Kiedy pytają mnie.... "Czy piesek pilnuje dziecka? Czy nie jest zazdrosny? Czy nie próbuje zdominować?" odpowiadam adekwatnie "Nie i cieszy mnie to! Nie wiem, nie siedzę w jego mózgu. A przestała Pani już bić swoje dzieci?" Lub po prostu pytam " A co ma Pani na mysli?"

Wtedy zwykle dowiaduję się, że dobry pies pilnuje dziecka. Czy oznacza to oszczekiwanie obcych podchodzących do nas, czy warczenie na dziecko juz raczkujące gdy wpełza do kuchni, czy siedzenie przy dziecku i pilnowanie jego zabawek- mówię stanowcze NIE!. Opieką i obroną dziecka zajmuję się ja i Grześ, nie pies. Agresja i nadmierne pobudzenie czy kontrolowanie w stosunku do kogokolwiek jest tak samo niepożądana przy dziecku jak była wcześniej. Dla większośc z czytających będzie to oczywiste, ale może ktoś się dał nabrać na opowieści znajomych opsie pilnującym dobra dzieci. Warczącym na dzieci wchodzące do kuchni, bo "wie, ze tam jest niebezpiecznie". Cóż za szalone uczłowieczenie! A może pies wie, że tam jest jedzenie, a to małe pełzające coś może mu zabrać źródło pokarmu... Dziś warknie, jutro gdy nierozumiejące sygnałów dziecko znów spróbuje tam wejśc- podniesie na niego fafle (z góry nie widać), a po jutrze kłapnie ostrzegawczo i wtedy nagle dostanie w łeb. O nie nie nie. Nie pozalajmy psom decydować o tym co dziecko może, a czego nie, bo skoro my możemy się mylić w kwesti bezpieczenstwa dziecka to jak duża jest szansa, że pies oceni to według swoich własnych, całkowicie psich kryteriów? Czy psy potrafią być opiekuńcze w stosunku do dzieci- nie wątpię, skoro są w stosunku do kotów i innych zwierząt. Ale są też tylko i aż psami. To, co chcialibyśmy nazwać opiekuńczością może być zwykłym bronieniem zasobów, reakcją stresową (atakowanie obcych), sygnałem uspokajającym (wskakiwanie między ludzi) wpisaną w instynktowne zachowania psów.

ZAWSZE WYBIERAJMY NAJPROSTRZE I NAJBARDZIEJ BIOLOGICZNIE WYTŁUMACZALNE TŁUMACZENIE DANEGO ZACHOWANIA, nawet jeśli bardziej podoba nam się zawiłe tłumaczenie, takietypowo ludzkie, jak np z zazdrością...

"MÓJ PIES to był ZAZDROSNY." Co to znaczy prosze Pani? "Ano skakał na ręce, chciał złapać dziecko za nóżkę, szczekał, bo bał się, że dziecko zajmie jego miejsce". Więc tak  "skakał na ręce, chciał złapać zębami, szczekał" to jest opis zachowania, które może wystąpić u każdego psa - może tak reagować na dziecko, piłkę, kota, sweter a nawet patelnię. Czy to znaczy, że odczuwa on zazdrość? Tego nie wiemy. A czy jak chłopak bije innego, a obok jest dziewczyna. to znaczy, ze jest zazdrosny. Nie koniecznie- może bić ze złości, w odwecie, w obronie, z nudów, bo inaczej nie potrafi się komunikować, bo ma zły humor, i z setek innych powodów. A pies? Może skakać, bo chce zobaczyć, może mysleć, że to zabawka piszczałka i będziemy się bawić; może mu się wydawać, że duzy człowiek krzywdzi małego, bo ten się drze; może być sfrustrowany całym zamieszaniem; może sugerować, że wbite w "to coś" spojrzenia i uśmiechy wszystkich ludzi naookoło oznaczają, że wszyscy grożą temu czemuś i chcą je zagryść, a pies się przyłącza. A może po prostu niegdy w życiu nie widział niemowlaka i nie wie jak się zachować, próbuje czegokolwiek? Dajmy psu prawo do różnych podstaw reakcji! Pies może być zazdrosny, ale nie może mieć czysto psich instynktownych zachowań?

A gdyby był zazdrosny? To by oznaczało, że mysli sobie "to jest nowy człowiek, któremu będą poświęcać więcej uczucia niż mi w przyszłości, a zatem ja będę miał mniej i to mnie boli. Tak więc wyeliminuje drania i będę nadal pierwszy do kochania". Jeśli pies tak by myślał, bo byłby ideałem, bo myślałby też "dziś będę szedł idealnie grzecznie przy panku na spacerze, szybko się załatwię i będę patrzył mu w oczy, bo on to lubi i wtedy będzie zadowolony, będzie mnie głaskał kolejne pół dnia, da mi więcej kąsków z kolacji i częściej będzie ze mną wychodził, bo to będzie dla niego czysta przyjemność".. Jak ktoś ma takiego psa - to nie musi mu dawać smakołyków, niczego go uczyć, bo pies przecież sam to wymysli używając wyobraźni abstrakcyjnej! Jesli ktoś ma takiego psa to może tez śmiało mówić, że jest on zazdrosny, w innych przypadkach to daleko idąca insynuacja:)

To może z innej strony przeanalizujmy - czy obajwem zazdrości jest pobudzenie i agresja? A czy u ludzi jest? Czy zazdrosny człowiek zawsze atakuje? A może niektórzy będą smutni, inni się popłaczą, a inni nic po sobie nie dadzą poznać. Pies przecież tez moze zachowac się różnie pod wpływem emocji. Dlaczego więc nie mówimy, że zazdrosny jest pies, który spokojnie akceptuje dziecko, niemalże je ignoruje? A przecież może być zazdrosny...

Podsumujmy więc

- opisane zachowanie nie świadczy wyłącznie  o tym uczuciu-może mieć zupełnie inne, naturalne psom przyczyny,

- uczucie zazdrości wcale nie implikuje zachowania pobudzenia i reaktywności, zazdrość może powodować inne reakcje

- jesli pies odczuwałby zazdrośc to znaczy, że by myslał abstrakcyjnie i "w czasie", a to sprawiłoby, że myślałby jak człowiek, a nie jak pies. A w końcu nadal jest psem, nie człowiekiem.

No chyba, że ktoś pod pojęciem zazdrość ma na mysli coś całkiem innego, ale to już nieporozumienie na poziomie słownictwa, warto używać określeń prostych, które każdy rozumie podobnie - "mój pies skacze na mnie", a nie "mój pies jest zazdrosny, dominuje czy żałpuje"

BĄDŹMY RACJONALNI, NIE EMOCJONALNIE W OCENIA ZACHOWANIA PSÓW! - Racjonalność daje nam możliwość zmian, emocjonalnośc "ocenia i szufladkuje" psa, nie daje nam możliwości pracy z psem, bo nastawiamy się do tego źle.

Czyli co, jak to zrobić? - spójrzmy na psa i jego przeszłość. Czy widział kiedyś niemowlaka, ile ich widział, jak był socjalizowany (jak wiele ludzi o róznym wyglądzie poznał na spokojnie w szczenięctwie i później), jakie ma zwykle reakcje, jak jest energiczny i jak reaguje na coś nowego- czy skacze i łapie nową zabawkę, którą mamy na rękach i nią piszczymy? Czy potrafi się opanować i zająć pozycję statyczną (np siad) na komendę w różnych warunkach, gdy wypowiadamy ją spokojnym cichym tonem, czy go tego nauczylismy (bo przecież z dzieckiem na rekach nie będziemy krzyczeć do psa w wojskowym nurcie "waruj!!!!")

Jeśli przewidujemy reakcję energiczną, pozwolimy na nią i się zdenerwujemy na psa za to- gwarantowane, że później będzie reagował coraz gorzej lub będziemy to musieli odkręcać. A po co? Różne podręczniki (bardziej znawców dzieci niz psów) piszą o tym,  by psa energicznego wziąć na smycz lub trzymać za obrożę z drugiej strony. Nie polecam, bo to ogranicza ich swobodę, mozliwośc wyboru, ktoś stoi za psem, ktoś przed nie daj Boże smycz jest napięta, obroża poddusza psa - nie daje do dobrych warunków do przyjaźni. Polecam za to płotki takie dla dzieci zamontowane w drzwiach, inne zagrodzenie, siatki, czy drzwi z przezroczystą szybą- pies nas widzi, ale nie podchodzi. Niech się tam po drugiej stronie psiak swobodnie porusza, a my z dzieckiem też róbmy to, co byśmy robili normalnie- chodzimy, bujamy, karmimy. Nie stawajmy naprzeciw płotka gapiąc się na psa, bo po co?Co chcielibyśmy tym wymusić na psie? Jeśli psiak ma się zachowywać naturalnie to my tez to róbmy. Przyzwyczajmy psa, że jak mamy dziecko na rękach to się zajmujemy nim. I tyle, a psu możemy poopowiadać spokojnym głosem, że to nasze bobo, że jest słodkie, że teraz będzie tu z nami mieszkało itp (nie chodzi oczywiście o treśc, ale mówiąc tak o własnym dziecku będziemy używali naturalnie spokojnego, otulającego tonu - to psu jasno nakreśli sytuację jakie jest nasze podejście do sprawy - luz, nie pobudzenie).

Obserwujmy psa kątem oka i stosujmy taką izolację dopóki wiemy, że jest on pobudzony i może zareagować silnie. I dotyczy to nie tylko pseudoamstafów po przejściach ale i energicznych kochanych labków, niufków czy innych misiów. Chcemy, by nasz pies był spokojny i wyluzowany przy dziecku, by nie uderzał go łapą nosem, czy ogonem- uczmy tego od pierwszych chwil.

W kolejnych etapach (zaleznie od psa te etapy mogą zajmować od kilku minut do kilku miesięcy) mozemy zawinąć dziecko w chustę lub położyć w widocznym, ale wyższym miejscu i znów przemieszczać się. Trochę ignorowania psu nie zaszkodzi, jeśli poświęcamy mu uwagę gdy dziecko spi czy podczas spacerów- spokojnie zniesie taki układ, że z dzieckiem na rękach nie zabawiamy go.

Czy pies tak prowadzony jest zazdrosny? Nie wiem nie siedze w jego głowie, ale moja głowa podowiada mi jak zaaranżować spotkania, by psie zachowanie było akurat takie, jakie nam odpowiada na lata, bo to jest znajomość na lata... :)

 

A czy pies DOMINUJE? - a to to już w ogóle nie wiem- w tym pojęciu to już każdy kryje comu się rzewnie podoba.

Czy pies potrafi walczyć o coś, mieć 'pierszeństwo" - oczywiście, że tak (nie każdy realnie, ale potencjalnie zawsze). Czy może mu na czymś zależeć bardziej, coś bardziej lubić? Oczywiście, ze tak. Czy może na dziecko warknąć, wpychać się przed nie, skakać do niego? Potencjalnie zawsze- przecież jest psem. Psem. Psem, a nie wilkiem :). Jeśli więc zaaranżujemy życie tak, by psiak nie musiał o nic konkurować z dzieckiem, a dokładniej to wiedział, że jego potrzeby będą zaspokojone niezaleznie od tego, że czasem musi na coś poczekać. Jesli przyzwyczaimy psa do nowych rytuałów i zwyczajów przed narodzinami dziecka - nie będzie sfery konfliktowej. Czy rodzeństwo nie walczące ze sobą nazwiemy dobrze "shierarchizowanym" czy "zdominowanym" jedno przez drugiego, czy może raczej dogadującym się? Wszystko jest kwestią komunikacji, tyle, że psy mają troszkę mniej rozwinięty niż my mózg i zbnacznie wolniej uczą się naszych zasad komunikacji- za to my ich możemy znacznie szybciej. Uczmy więc siebie i dzieci ja "czytać" z mowy ciała co pies chce nam przekazać. Uczmy się szanować ich język (warczenie to bezkontaktowe otrzeżenie, a nie zamach stanu!!)  Ja osobiście nie tworzę z psami żadnych stad, bo ani z nimi wspólnie nie zdobywam pokarmu, ani się nie rozmnażam, wiec pojęcie dominacja czy hierarchia jest mi całkowiecie zbędne. Znów może ono dać tyle złego, że "zaszufladkujemy" psa zamiast go zrozumieć i pomóc mu uzyskać inne reakcje. A przecież mamy takie możliwości zrozumienia, modyfikacji zachowań i pomocy psom, po co się ograniczać wrzucając każde złe zachowanie do jednego wora z napisam "dominacja"?!

13:04, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
POWRÓT DO DOMU ZE SZPITALA

Magda - dzięki za kopa i lubię to! Więc ruszam

No więc nadrabiam, zaczynam od początku - czyli powtrotu ze szpitala. Co było wczęśniej możecie się spodziewać- rodziłam hehehe, więc psy miały trzy bardzo krótkie spacery z Grzesiem (ale trzy nie dwa do jakich je zapobiegliwie przygotowałam!). Pół dnia Grześ był u mnie, pół załatwiał różne dziwne sprawmy w niezwykle przyjaznych urzędach jak ZUS czy urzędu dzielnicy (na urząd dzielnicy wesoła nie mogę narzekać, ale ten pierwszy to....).

Kiedy pytają mnie... :)... jak reagują na Olę psy mówię... nie reagują, wąchną i tyle. To nie do końca prawda, a przynajmniej ta reakcja nie wzięła się tak sama z siebi, z tego, że moje psy "są dobre, nie są zazdrosne czy mają dobrą hierarchię" (każde z tych sformuowań uważam za mylne w stosunku do psów. Więc może po koleji jak to było...

Więc wracamy do domu z fasOlką- już w zasadzie oficjalnie Olką. Grześ ją wnosi do sypialni, a ja witam się z psami. Kto mówi, że najpierw trzeba pokazać psu dziecko chyba nie miał więzi z psem. Prawie tydzień byłam w szpitalu po cesarce, prawie tydzień mnie psy w ogóle nie widziały - takiej sytuacji nie było w ich życiu od kilku lat... Więc co- psy wzięłam na dwór, bo w domu nie ma tyle miejsca harce i dawaj się witać i rozładowywać ich emocje! Najpierw zwięłam chłopaków i zabawki. Neptun skakał 10 min z radości koło mnie na zabawki nawet nie spojrzał, Cipełusz po raz pierwszy w życiu pamietał dokładnie każda komendę i reagował w tempie natychmiastowym (chyba muszę częściej rodzić ;P). Bawiliśmy się ponad pół godziny by zeszła z nich choć część emocji, mogliby oczywiście dłużej, ale ja jakoś niebardzo tydzień po operacji miałam siły. Potem Lola- mały spacerek, węszenie, trochę jak my to mówimy "tretowych" sztuczek (od imienia tego chłopaka http://www.youtube.com/watch?v=pXElh_VM0Uc). Dopiero po takim "wyładowaniu" psów mogła być mowa o poznawaniu Fasolki.

 Chłopaki jakby dziecka nie widzieli. "Łazi pańcia, będzie jedzenie?, co robimy pańcia? fajnie ze jesteś, a noś sobie coś na rękach co nas to obchodzi, ważne że jesteś!:)" Dawałam im do powąchania pieluchy "mniam, dostępna kupa w domu, oby wiecej takich zawiniątek!!!" i ubranka "fajne, ale o co chodzi, po co nam to dajesz, przecież nie upadło to jak  mam Ci to podać?". Generalnie obojętność. I takim psom które zachowują spokój i obojętność na zapach, widok i odgłosy dziecka ja mogę dać je powąchać (nie dlatego, żebym się bała reakcji chłopaków, ale dlatego, aby tworzyć docelowo dobre skojarzenia).Tzn dziecko po prostu jest.

A Lolka, z tą jest gorzej, blada, chuda, spać nie może... Żartuje. Lola wykazywała podniecenie, ekscytację pewnie chciałaby skoczyć w górę zobaczyć co to za zabawka- ale mózg mam nie od tego, żeby kapelusz trzymał, więc do takiej sytuacji nie dopuściłam. Odgrodzona drzwiami, barierą "nieprzepuszczającego Grzesia" lub w klateczce początkowo obserowała tylko z odległości. Jak przestała się oblizywac (nie martwcie się, nie z głodu, a  c-sowo, czyli stresowo :), popiskiwać i gapić na nas- to mogła chodzić po domu jak Ola była na rękach noszona. Jak siedzielismy niżej, np na kanapie to oddzielała nas bariera w postaci Grzesia głosu tudzież ciała. Czyli klasyczne rozdzielenie i uspokojenie. Pamiętajmy, że najwazniejsze narzędzie jakie mam to głos, więc mogę Lolę zawsze odsynąć od siebie na metr czy trzy samym głosem prosząc ją o cofnięcie lub przejście do klateczki, na miejsce lub za drzwi i nie wchodzenie. Jeśli byłam sama, z Olą, nisko na kanapie, a jedyną barierą był mój głos- to poczatkowo zakładałam na ten czas Loli kaganiec (w razie gdyby zaczęły dzwonić wszystkie dzwonki na raz, sąsiedzi zaczęli kuć kafelki, a ją ugryzłby w dupe Cipełek [hahaha jakby się odważył] i przestałaby mnie słyszeć:). Jak na tym poziomie była obojętna, niezestresowana- to zaczęłam ją dopuszczać bliżej - przechodziła spokojnie obok, wąchała Olcię w kagańcu, a jej mina mówi "wielki mi co, tyle hałasu i zachodu, a to zwykłe bobo" - bingo. O to chodziło, od tej pory nie musi mieć kagańca, nie reaguje. Czy to się robi tak samo z siebie i pies decyduje o rodzaju reakcji? no właśnie nie. Polecam taki przewidujący i racjonalny sposób wprowadzania dziecka czy innego zwierzaka do każdego psa.  Ile mi to zajęło? Nie cały tydzień- mniej niż zajmuje zwykle mamie po porodzie zrobienie jednago brzuszka ;P

11:18, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 maja 2011
kupiłam płotek w mothercare, ale aby ogrodzić psy, a nie dziecko, czy to dziwne ..?:P

płotek z mothercare

płotek płotkiem w sumie nie o nim chce pisać, ale pogoniono mnie, że mam pisać, racja duzo się teraz dzieje, wiele trzeba nadrobic, dlatego zwlekam z tym. Płotek w mothercare polecam (choć kosztuje swoje, to jest zniżka teraz 20%) - bardzo solidny, 3 m długości, montowany do ściany. Mąż mnie wygania dokończę później, ale najwazniejsze, że zaczęłam!

22:49, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7