RSS
sobota, 15 sierpnia 2009
Historia Lolity cz.6

"Szczeniakom wszystko szybciej się zrasta" jak powiedział znachor. Możnaby dodać "nieleczone rzeczy szczeniakom szybciej zarastają się w nieprawdłowy sposób". 16 dni to dla organizmu szczeniaka baaardzo dużo. Kości w łapie Loli nie miały szans się zrosnąć, bo złamanie miało duże przemieszczenie, a uniewrażliwiona na ból Lolita stawiala łapę, co uniemożliwiało połączenie kości nawet w krzywy sposób. Za to organizm pracował: kości się zaokrąglały, mięśnie skracały, bo kości nachodziły na siebie. Operacja oczywiście pod narkozą wymagała znacznie większego nakładu pracy niż byłoby to 2 tygodnie wcześniej. Mięśnie wymagały mechanicznego naciągnięcia, by można było złożyć kości. Kości trzeba bylo spiłować, by dało się je połączyć na specjalne szpilki wbijane w środek. Weterynarze sami mówili z przejęciem o tym, ile trzeba było zrobić. Ledwo dotranspotrowałam Lolę do domu niosąc na rękach, bo nie miałam żadnego transportu, a gdy była już wybudzona i leżała na posłaniu docierał do niej ból. Pomimo silnych środków przeciwbólowych po prostu zawodziła i wyła z bólu, choć wcześniej  przez caly czas tylko raz zapiszczała z bólu, gdy wpadła pod kopyta. Pierwszy raz w życiu i mam nadzieje ostatni słyszałam wtedy płacz psa, pisk mrożący krew w żyłach, zdolny obudzic każdego, wyrażający dla człowieka największe możliwe błaganie o pomoc. To był najgorszy moment dla Loli- a to pierwszy dzień w kolejnym nowym domu. Nie dało się tego uniknąć, musiała przejśc przez najgorsze, żeby wyjść na prostą.

Nosiłam ją codziennie sama na rękach do lecznicy na zastrzyki przeciwbólowe. Gdy o tym myśle przechodzą mnie ciarki jak chore to były czasy. Zimno, samotność, a ludzie wkoło skrajnie egoistyczni i nieskłonni do jakiejkolwiek pomocy. I tylko ja z Lolą brnące przez mróz w poszukiwaniu lepszego jutra. Dziś można to tylko wspominać ciesząc się, że dziś jest tak cudownie- otaczają mnie wspaniali, kochani ludzie, zawsze gotowi do pomocy, a wszelkie problemy rozwiązujemy jak najszybciej i jak najmniej boleśnie. Myśle, że mój stan wtedy był podobny do Loli- zagubiona, zmarznięta, szukająca odrobiny spokoju. Spałam maksymalnie 5 godzin dziennie, a niejedną noc zarywałam zostając przy Loli lub robiąc projekt. Pomimo iż pracowałam dużo nie miałam nawet czasu by gdzieś pójść wydać zarobione pieniądze- wszystko zresztą poszło na leczenie Loli. Tylko jakiś wewnętrzny głos mówił mi "rób to co uważasz za słuszne, a koszmar się skończy". Ja też musiałam przejśc przez najgorsze, by wyjśc na prostą.

Lola nie mogła się ruszać energicznie, by szpilki trzymające kość nie poruszyły się, musiała leżeć, a energia wracała do niej bardzo szybko. Wciąż miała problem z wstrzymywaniem moczu (miała go potem jeszcze bardzo długo) więc musiałam wynosić ją nawet co pół godziny przed blok na siku, gdy byłam w domu. Gdy zostawała sama potrafiła wytrzymac do około 3 godzin. Czasami ktoś z współlokatorów mi pomagał, ale generalnie stanowiło to dla nich duży problem, więc był cały na mojej głowie. Tak czy siak cieszę się, że kolega pozwalał mi w ogóle mieszkać u siebie z tak problematycznym psem.

Lola zaś czerpała ile mogła z kontaktów z Neptunem- kladła mu się na łapach, wtulała w niego, łazila za nim wszędzie, a poczciwy Neptun pozwalał jej zabierać sobie każdą zabawke, kość, jedzenie, uwagę. Podczas, gdy nabierała sił zaczeły wychodzic jej przyzwyczajenia- gramoliła się na łóżko by tam spać (a ja nie śpię z psami), dopominała się o wszystko szczekiem, wyuczonym wymuszaniem, zabierała każdą rzecz Nepowi i bardzo silnie reagowała na każde niespodziewane puknięcie, otwieranie drzwi, piknięcie domofonu- przerażeniem i szczekaniem na podłożu lękowym, ale w formie gotowej do ataku. Ludzi witała bardzo wylewnie, ale widac było, że każda zmiana, nadejście lub wyjście kogoś z domu była dla niej bardzo stresująca, co zwykle łączylo się nietrzymaniem moczu w tych chwilach. Generalnie była to niezła masakra, choć jeszcze wtedy byłam pełna nadzieji, że wszystko się da "odkręcić" i "naprawić" psa. W jakim stopniu się myliłam... już wkrótce...


16:16, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 sierpnia 2009
offtopic

Dziś podczas gruntownych porządków mieszkania zauważyłam, że są takie rzeczy, które nie mogą nigdy znaleść swojego miejsca. Podczas każdego sprzątania mieszkania przekładamy je w inny kąt, a zwykle ląduja gdzieś na wierzchu i czekają na kolejne sprzątanie. Przekładamy je w inny kąt biurka, na parapet, na szafkę pod telewizorem/akwarium i to zawsze one spawiają wrażenie bałaganu. Nie wiem czy też macie takie rzeczy... Wędrownikowie

00:15, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 sierpnia 2009
Historia Lolity cz.5

To było ciemne zimowe popołudnie, 16 dni po wypadku Loli. Dostałam telefon o znajomej- właścicielki konia "Aga, czy to, co mówiłaś, że byś wzieła suczkę jest nadal aktualne? Bo ... zdecydowała się oddać ją, ale tylko Tobie, bo u Ciebie będzie miala dobrze.". Co miałam powiedzieć? Po godzinie już spotkałam się przy metrze z włascicielka i znajomą. Przez 16 dni szczeniak bardzo urósł, miała już około 5 miesięcy, kości też rosły i zaokrąglały się. Suczka już stawała na nodze, była w czerwonej obróżce z "diamentami" i na metrowej smyczy ciagnąc zaciekle do przodu swoją pania w obcasach. Idąc od metra kilkakrotnie posikiwała i wypróżniała się na rzadko prosto pod siebie, na chodnik, zatrzymując w marszu. Nie miałam wtedy dużo zdolności w obserwacji stanu emocjonalnego i stresu psa, ale jakbym miała to zobaczyłabym straszny obraz trzęsącego się w środku zestresowanego psa nabuzowanego adrenaliną od samego faktu, że idzie w obce miejsce, nie trzymającego moczu, z biegunka stresową, ziajającego zawzięcie w lodowate zimowe popołudnie.

Dostałam pakunek psa: książeczkę zdrowia, zestaw różnej wielkości czerwonych obróżek z diamentami, metrową smycz, poduszeczkę z serduszkiem do spania i jedną zabawkę. Suka z radością powitała Neptuna tuląc się do niego bardzo energicznie i rzekła bym "namolnie", nerwowo chodziła po mieszkaniu i posikiwała co jakis czas. Godzinę później już byłam w drodze do weterynarza- do Elwetu w al. Niepodległości.

Lola natychmiast poszła pod nóż. Nie muszę Wam chyba opisywać min weterynarzy, którzy przyjmowali mnie z takim złamaniem przetrzymanym 16 dni. Wielokrotnie mówili mi, że operacja będzie kosztowac ponad 600 zł plus leczenie i upewniali się czy mam takie pieniądze. W ich oczach to ja byłam ta osobą, która ją trzymała w tym stanie tyle czasu. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Uczy mnie to nie oceniania właścicieli psów, których poznaje w pracy.

cdn...

17:31, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 sierpnia 2009
Historia Lolity cz.4

Nie raz pytałam sie co u suczki i dowiadywałam, że jej życie jest "coraz lepsze" : pańcia zrezygnowała z nieciekawej karmy- suczka dostawała podobno gotowny makaron z kurczakiem. Teraz mogła juz wszystko- spała ze swoją opiekunką, wchodziła z nią zawsze do łazienki, nigdy jej nie zamykano samej, była taka "kochana", ze wszędzie, gdzie zniknąła dziewczyna - suczka dopominała się o wejście i była wpuszczana. Dziewczyna mieszkała sama, czasem odwiedzał ją ojciec, ponieważ nie chciał by miała psa- groził wywiezieniem suki ze złamaną noga do lasu. Właścicielka przestała chodzić do szkoły i wychodzić z domu bez psa, by nie stracić towarzyszki. Zabierała ją za to "wreszcie" na długie spacery do parku praskiego, by szczeniak mógł się wychasać. Towarzystwo doborowe- praskie pseudoamstaffy, lubiące bardzo brutalne zabawy z radością pastwiły się nad połamanym szczeniakiem. Usłyszałam raz "one sa takie agresywne, przyciskają ją do ziemi, gryzą do krwi, a ona nic, nie zareaguje agresją, nawet nie piśnie"- to była tylko pochwała tego, jaka wspaniala i spokojna jest Lola. Stopniowo suczka przyzwyczajała się do bólu, kość się zaokraglała (bo szczeniakom szybko wszystko rośnie, choć nie jak powiedział znachor "samo się zrasta"), przestawała się wbijać w mięśnie, a Lola mogła już powoli stawiać nogę, by lepiej radzić sobie w gonitwach.

Minął tydzień od wypadku, a kwestia operacji została przemilczana. Sytuacja domowa sprawiała, że dziewczyna zaczęła rozważać to, ze musi Lolę komuś oddać, by ta nie wylądowala nie wiadomo gdzie, w lesie. Pamiętam dobrze wieczór, gdy rozmawiałam z właścicielką. To była bardzo zimna zima, ja po całym dniu na uczelni pracowałam wieczorem w stajni. Było tak zimno, ze woda w pojnikach zamarzała, więc trzeba było nosić wodę w wiadrze dla każdego konia osobno. Wieczorne karmienie zajmowało 3,5 zamiast 2 godzin. Wracałam późnym wieczorem do domu po pracy zamarznięta, zaspana i potwornie zmęczona - wychodziłam na długi spacer z Neptunem i potem dopiero mogłam zrobić obiad i zjeść go by usiąść do projektu na uczelnię. To były bardzo ciężkie dni. Pewnego dnia podczas pracy namawiałam właścicielkę do tego, by oddała suczkę komuś, kto ją chociaż zoperuje i będzie pozwalał dziewczynie spotykać się czasem z suczką lub znajdzie jej dobry dom. Usłyszałam tylko "a kto by chciał psa ze złamaną nogą, nikt!", odpowiedziałam "na pewno są tacy ludzie, nawet ja bym ją wzięła, by pomóc jej i potem znaleść nowy dom". Nieświadomie podpisałam wtedy "wyrok" - zdecydowałam się na coś, co miało przewrócić moje ciężkie i tak życie do góry nogami. Ale nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. Między odwagą i miękkim sercem, a głupotą jest cieńka linia...

20:25, uwaga.agawu
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 sierpnia 2009
Historia Lolity cz.3

Lola wpadła pod konia. Dokładniej mówiąc koń wielokrotnie zatrzymywał się nawet w galopie by jej nie nadepnąć jednak za kolejnym razem potknął się o szalejącego szczeniaka. W stajni wielka panika. Właścicielka nie miała pieniędzy ani samochodu, ale wiele osób gotowych było doraźnie pomóc. Zawieziono psa do kliniki, gdzie zrobiono zdjęcie rtg- złamanie kości udowej z przemieszczeniem- konieczna natychmiastowa operacja za 400zł . Dokładnego opisu tego dnia nie pamiętam. Podobno właścicielka i pomocni ludzie byli w dwóch czy nawet 3 klinikach z tym zdjęciem szukając być może innej lub tańszej diagnozy. Nic z tego- wszystkie największe kliniki mówiły to samo- konieczna natychmiastowa operacja i usztywnienie kości gwoździami lub innymi uchwytami. Ostra kość wbija się w mięśnie i zadaje psu ogromny ból. Nowa włascicielka psa nie decyduje się na operacja, ponieważ nie ma na nią pieniędzy.

W stajni też nastąpiło poruszenie. Włascicielka konia czując się współodpowiedzialna za wypadek zorganizowała zbiórkę pieniędzy na tą operację. Po 5 zł od osoby- pracowników i wolontariuszy stajni. Pamiętam jak wtedy oburzyłam się, gdy spytano mnie, czy sie dorzucę. Powiedziałam, że za wypadek odpowiedzialna jest właścicielka i to ona powinna zapłacić za operację. Nie wiedziałam wtedy jak bardzo powróci do mnie zasada, że własciciel sam płaci za swojego psa... Jako zwolnenniczka odpowiedzialności stanęła bym na głowie by zdobyć pieniądze na operacje własnego psa i uważałam za oczywiste, że tak samo postąpi ówczesna Pani Życia Lolity. Myliłam się.

Pomimo, iż zebrano część pieniędzy i wręczono P.Ż.L dowiedziałam się, że znalazła ona znachora, ktory wydał inną diagnozę: "Szczeniaków nie trzeba leczyć, bo samo się zrośnie, a jak sunia zacznie stawać na tej łapie znaczy, że się zrasta".


14:10, uwaga.agawu
Link Dodaj komentarz »